Changeling
Mam z Clintem Eastwoodem problem. Z jednej strony kreci dobre, proste filmy zgodnie z najlepszymi wzorcami. Taka stara, dobra szkola filmowa. Bez rozwydrzonych efektow specjalnych, lamania tradycyjnej narracji, chronologii, zaskakujacych zwrotow akcji od czapy itd. Z drugiej, troche inaczej sie oglada taka Casablance nakrecona 60 lat temu -- polowa uroku takich filmow to wlasnie tamten-sposob-robienia filmow.
W Changeling wszystko jest na swoim miejscu: dobra (na prawde dobra) historia przelozona na zrecznie napisany scenariusz. Swietna obsada (mysle, ze to jedna z najlepszych rol Angeliny. Wreszcie udalo jej sie wyrwac z emploi femme-fatale/superwomen/kobieta zepsuta). Perfekcyjnie dobrani aktorzy drugo- i trzecioplanowi, nie wspominajac o tych epizodycznych, ktorzy tez zwalaja z nog.
Dobre zdjecia i montaz. Nie nie odciaga uwagi, nie przeszkadza, nie drazni. Ogladalam z zaprtym tchem, miejscami nawet pochylajac sie w kierunku ekranu.
Ale czegos po prostu zabraklo. Nie jestem zagorzala fanka postmodernizmu, nie upieram sie, ze wszystko musi byc nawiazaniem, stylizacja, lamancem estetycznym/narracyjnym/aktorskim itd. Ale z Changeling jest troche jak z samym tytulem: ktos podmienil czasoprzestrzen i nakrecil film, ktory stalby sie klasykiem teraz, w a.d. 2008. Moze czas prostych, bezpretensjonalnie opowiedzianych historii powoli mija?
cezio
Ha, też mnie zafrapował Challenging w ten sposób. Wszystko zapowiadało dobry film, ale w środku czegoś brakowało. Jakiejś iskry.
Jako rekompensatę uznałem zdjęcia i krajobrazy. Jest jakiś urok w międzywojennej Kalifornii, który udało się oddać w tym filmie. Podobne wrażenia estetyczne miałem oglądając Chinatown Polańskiego.
Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook